ścieżka

Była na widelcu i wcale nie zauważyła jak się na niego nadziała. Wydawało jej się, że jest sprytna, że stworzyła sobie kostium doskonały, tymczasem okazało się, że równie dobrze mogłaby stać naga. Lecz nie tylko na tym polegała jej słabość. Istniał jeszcze jeden mały problem, który zauważyła odrobinę zbyt późno. On czytał z niej jak z otwartej księgi i wiedział kiedy udawała... Tymczasem ona ciągle nie umiała go rozgryźć. Nie wiedziała czego chce, co myśli ani dokąt to prowadzi. Wiedziała za to, że jest zbyt ciekawska by się wycofać. Musiała, po prostu musiała przekonać się gdzie zajdzie ta ścieżka.

Tymczasem najlepiej poinformowana osoba, która mogłaby wszystko ułatwić milczała. 

Nagłe deszcze, silne porywy wiatru... Pogoda ostatnio oddaje moje samopoczucie. Jak tak dalej pójdzie to zacznę podejrzewać, że ugryzła mnie jakaś zmodyfikowana genetycznie mucha i posiadłam tajemną moc wpływania na pogodę. Dwie godziny snu w ciągu 24 godzin negatywnie wpływają na wszystko. Okazuje się, że najlepszym sposobem na odchudzanie jest noc spędzona w dyskotece i na chodzeniu od klubu do klubu. Kilogram leci w dół jak nic. Wbrew moim podejrzenią nie wrócił, więc jest dobrze.
Nie myślę, jestem zbyt zmęczona.
Pan Casanova świetnie tańczy...

Szok pewnej Pani

Dziś wystraszyłam panią sprzedającą w hurtowni fryzjerskiej. Owa pani pierwszy szok przeżyła jak powiedziałam jej co się działo z moimi włosami w ciągu ostatnich trzech miesięcy - ufarbowanie na wiśniowe, po dwóch tygodniach dekoloryzacja i blond, półtora miesiąca przerwy machnięcie henną na rudo, dojście do wniosku, że to był zły pomysł i dzień później machnięcie henną znowu.
Drugi szok przeżyła gdy powiedziałam słowo "henna:- według tej pani henna wżera się we włosy bardziej niż farba.
Trzecim szokiem dla miłej pani było to, że od trzech miesięcy nie byłam u fryzjera bo chce by włosy odrosły i się trochę ogarnęły- pani uważa że do fryzjera chodzi się co miesiąc (a zapuszczanie wtedy włosów trwa sto lat-według mnie)
Pani doradziła mi, że jak chce wrócić do swoich i chce by były zdrowe to najlepiej na łyso. Na łyso już kiedyś było - bardzo nietwarzowa długość.
Myślę, że pani przeżyłaby czwarty szok, gdybym jej powiedziała, że owe włosy będą znów za jakiś czas odbarwiane. Albo i nie. Diabli wiedza

Mam dziką ochotę na jakąś wielką i niewyobrażalnie dobrą czekoladę. Diety są złe.

odkrycia

Lubie ludzi, którzy nie obarczają mnie swoimi problemami.
Lubie ludzi którzy dzwonią do mnie o godzinie 20:30 informując mnie, że za pół godziny zamierzają mnie gdzieś porwać, ale nie mówią gdzie. I, że zdecydowanie nie mam wyboru... Bo to w końcu porwanie.
Lubie uświadamiać sobie, że jestem jednostką pełnoletnią i wystarczy, że rodziców poinformuję, że wychodzę i, że kiedyś wrócę... Podkreślam informuję a nie proszę o zgodę!
Lubie kawę pitą w nocą
I lubię nocny spacer.
Lubie rozmawiać o fotografii, o tańcu i masie pierdół, które nudzą obie strony ale mówi się cokolwiek by nie było ciszy.
Lubie również być odwożona do domu samochodem.
Lubie jak od razu słyszę propozycję następnego spotkania.

Wmawiam zaś sobie, że lubię swój nowy "czekoladowy" kolor włosów. Który musiałam sobie sprawić by zamalować marchewkę, która powstała z sprania (na siłę!) pomidorowego. Nagle uświadomiłam sobie jak wspaniale czułam się jak blondynka.
Pocieszenie- brąz też się spierze i będzie jaśniejszy... Boje się tylko w jaki odcień wpadnie po owym spraniu. Znając moje szczęście pewnie sraczkowaty.

I tak się zastanawiam co tu jeszcze napisać, wszak zamierzam siedzieć przed komputerem jeszcze jakieś 20 minut... [ciasto w cafelife (gra na facezboku) mi się piecze]. Właśnie upiekłabym coś ale nie mam dla kogo. Rodzice nie jedzą. Ja się odchudzam (dwie gigantyczne porcje lodów oraz gorąca czekolada z ajerkoniakiem - o wdzięcznej nazwie "Adwokat diabła", były mega dietetyczne). Michaela jeszcze w Łodzi nie ma, będzie w środę. Natalele mi się piec nie chce bo ona też się odchudza- słodzonymi kaszkami, więc efekt może być ciekawy. A z panem Casnovą nie jestem jeszcze na tym etapie znajomości by mu cokolwiek piec. Tak więc nie piekę, bo musiałabym swym wytworem uszczęśliwić albo psa, albo siebie co w obu przypadkach mogłoby skończyć się tragicznie. A ja lubię stawać na wadze wieczorem i widzieć, że ważę mniej niż dnia poprzedniego.
Lubie ważyć 64 kg, ale lubię także ważyć jeszcze mniej. Nie lubię swojej interpunkcji, która kuleje. Ale ta notka powstaje tylko i wyłącznie celu zabicia czasu, więc na tym chyba poprzestanę.

marchew czy pomidor

Jeżeli jeszcze kiedyś wpadnę na pomysł farbowania włosów na rudo henną, to proszę mnie związać i zamknąć w piwnicy. O ile henna trzyma się i fajnie wygląda na włosach naturalnych... Tak absolutnie nie wygląda na blondzie machniętym u fryzjera trzy miesiące temu. Proszę sobie wyobrazić moją minę, gdy zamiast uroczej miedzi wyszedł mi pomidorowy w stylu Michała Wiśniewskiego. Kryzys zażegnany. Połączenie rumianku i cytryny zadziałało. Obecnie mam coś w rodzaju rudo-blondu ale w porównaniu z pomidorówką na moich włosach jest wspaniale. Nigdy więcej takich eksperymentów!

Poddałam edycji swoją listę "to do". Teraz nie muszę jej ukrywać.
Swoją drogą nie wiem jak można przez godzinę gadać przez telefon. Najwidoczniej ja z Natalele mogę.

Zagubieni w życiu

Od dłuższego czasu robiłam za psychoterapeute na pół etatu dla kilku osób.
Godziny mocno popołudniowe, krzątam się po domu, przygotowując jak zawsze do ćwiczeń, między czasie rozkładam papiery w które bezwzględnie czas już zajrzeć. Telefon.
-Hej, masz chwilę, mogę przyjechać na chwilę?- Słyszę w słuchawce głos koleżanki. Jedno spojrzenie na piętrzącą się tonę papierów, drugie na kalendarz z zaznaczonym na czerwono dniem zero. Westchnienie. Po jej głosie słyszę, że sytuacja jest poważna, zresztą jestem już zaznajomiona z sprawą. Pytanie czy jest lepiej czy gorzej.
-Jasne, przyjeżdżaj, czekam na ciebie- mówię. Doprowadzam się do porządku, ogarniam pokój. Szykuję kawę.
Awka* przyjeżdża po jakiejś godzinie, między czasie była jeszcze w kilku miejscach. Przez następne półtorej godziny szukamy wyjścia z sytuacji, pocieszam, przekonuję, że nie jest tak źle jak jej się wydaje, że to minie. Nie słucha, mówi swoje. Zamykam się, zaplatam ręce i przestaję się odzywać. Mówi, mówi, mówi... Co jakiś czas rzucając mi pytające spojrzenie, wtedy wypowiadam swoją opinię, po czym pozwalam jej mówić dalej, co jakiś czas jedynie zadając jakieś pytanie w celu sprostowania informacji. Kobiety w sytuacji kryzysowej zwykle muszą się wygadać. Nie chcą słuchać złotych rad, ani otrzymywać gotowych rozwiązań, chcą się wygadać. Jak to zrobią łatwiej im jest przeanalizować wszystkie zaistniałe wydarzenia, potem złoty środek znajdą same.
Po półtorej godzinie się zbiera. Odprowadzam ją do bramy, czując, że mam dziką ochotę na papierosa, ale przecież ja nie palę.

Inna osoba, kłócąc się ze swoją drugą połówką dzwoniła do mnie codziennie na długie rozmowy. No i jest jeszcze pewien zakompleksiony pan, o tak niskiej samoocenie, że mam ochotę czasami mu coś przetrącić.Zwłaszcza, że samoocena ta jest całkowicie bezpodstawna. A może tylko ja inaczej na niego patrzę? Nieważne.

Kiedy cichną telefony, a ja zamykam komunikator. Siedzę przy oknie w swoim ulubionym fotelu (irytując się z powodu braku współpracy ze strony laptopa), albo leżę w łóżku, nie mogąc zasnąć. Wtedy dopadają mnie moje problemy. Właściwie do tej pory uważałam, że ich nie mam- bo czy w porównaniu z innymi, moje problemy można nazwać problemami? Pogubiłam się to wszystko. I niespecjalnie mam o tym komu powiedzieć. Tęsknię za Stanfordem - jedyną osobą, z którą mogłam porozmawiać o absolutnie wszystkim.
Ostatnio usłyszałam "Idź i przemyśl swoje życie". Kiepska to rada, gdy kieruje się ją do kogoś kto nieustannie myśli na temat swojego życia. A im dłużej na ten temat myśli to tym bardziej czuje się rozerwany. Patrzę na swoją listę "to do". Na dwadzieścia niepowiązanych z sobą punktów. Największym moim błędem było zwlekanie z nią. Odkładanie wszystkiego na później. Czas z tym skończyć, reszta pewnie sama się ułoży.

Obiekt fizycznych rozważań.

Mężczyźni o umysłach typowo ścisłych są dziwni. Dzisiaj w trakcie jednej z rozmów padło stwierdzenie, że kobieta ma dwoistą naturę. Ja sama z tą tezą zgodziłabym się w ciemno. Jednak okazuje się, że mężczyzna zawsze ale to zawsze każde twierdzenie musi mieć poparte dowodem. I jeśli kobieta nie kwapi się by zaprezentować mu odpowiedni ciąg przyczynowo-skutkowy... Zrobi to sam.

Roa :a moja natura jest dwoista
M: to może porównasz to z jakimś prawem występującym w fizyce
Roa: wybacz ale takiej fizyki to jeszcze nie wymyślili
M:a zasada dualizmu
Roa: prawie ale nie do końca
M: elektron jest zarówno materia jak i fala
elektron=elektrycznosc. Ty tez potrafisz mnie zelektryzowac.
Ty=elektron. ergo, jesteś materialna i twoje działania maja naturę falowa, przez falowa, rozumiem ze sa zmienne z sinusoidalna amplituda.

I pomyśleć, że nagle, w tak prosty sposób stałam się obiektem rozważań fizycznych.

To nie było miejsce dla.

Od dłuższego czasu przyglądałam się batalii o krzyż. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że nie patrzę na walkę o pamięć za poległych tylko na tłum ludzi, którzy ubzdurali sobie, że ma być tak a nie inaczej i nie mając nic lepszego do roboty udają jedynych sprawiedliwych.
Osobiście napuściłabym na nich oddział zbrojnym, wsadziła na 48 godzin, krzyż rozebrała wsadziła do kościoła, tudzież innego nadającego się do tego budynku...
Swoją drogą internet obecnie przeżywa zatrzęsienie obrazków, tekstów i filmików wyśmiewających obrońców krzyża. Osobiście nie uważam tych ludzi za śmiesznych tylko za cholernie smutnych. Naprawdę żal mi ich.
A co do tablicy upamiętniającej poległych... Tak, jedna mała tabliczka całkowicie wystarczy.

Gdy powiemy dość

Zwykle człowiek chce więcej, bez względu na to ile już ma.
Ma mało więc logiczne jest, że chciałby dostać coś jeszcze. Ma dużo, chciałby trochę więcej. Ma bardzo, bardzo, bardzo dużo? Ale nic się nie stanie jeśli będzie miał więcej. Nie znamy umiaru. Oczywiście jeśli chodzi o rzeczy przyjemne. Bo kłopotów i przykrych spraw zawsze mamy w nadmiarze, bez względu na to czy ktoś ma do załatwienia trzy problematyczne sprawy, dziesięć czy też sto dwadzieścia...

Tak z rzeczami przykrymi jest inaczej, ich zwykle mamy w nadmiarze i bardzo szybko mówimy sobie "dosyć", ogarnia nas zniechęcenie, apatia, dopada brak motywacji. Czasami jedynym tego powodem jest fakt, że się z kimś rozstaliśmy, czasami problemy są trochę większe a jeszcze kiedy indziej te mniejsze mieszają się z większymi, rozmnażają się powołując na świat nowe problemy i tak wprowadzają w nasze życie chaos.
Nie twierdze, że chaos jest zły. Czasami potrafi działać mobilizująco na człowieka. Ale chaos prowadzący do tego, że człowiek olewa wszystko i ma cały świat głęboko w czterech literach- łącznie ze studiami... Taki chaos jest zły bo prowadzi do...Gdzieś prowadzi i nie jest to fajne miejsce, ja je osobiście nazywam "czarną dupą".

def.
czarna dupa- miejsce gdzie po pewnym czasie może wpaść człowiek, który ma wszystko w dupie i nie ma ochoty niczego z tym zrobić. Wyjść z czarnej dupy jest ciężko, a nawet jeśli się już uda to dość długo ciągnie się za nami jej smród.

Ale wychodząc z czarnej dupy i wracając do rzeczy przyjemnych to... Człowiek w gonitwie za sukcesem dosyć nigdy nie ma i to czasem jest przerażające. Jesteśmy gotowi się zaharować na śmierć, sypiając po trzy godziny na dobę, pojąc się kawą i enegetykami, wyciskając siódme poty, zmuszając buntujące się ciało do ćwiczeń, po co to wszystko? Po to by osiągnąć jakiś tam cel, po którym zaraz będziemy mieć następny. Ciągle w ruchu, ciągle goniąc nie wiadomo za czym.
Przypomina mi to chomika w tym jego śmiesznym kółku do biegania. Tylko, że nasze jest elektryczne i kręci się samo a by musimy za nim nadążyć. Zbyt wolno biegniesz, masz dosyć? Przegrywasz, odpadasz, witamy w czarnej dupie.

Sesja zmienia ludzi.

Najczęściej w wyssane z mózgu potwory.
Dziś siedząc nad pustą kartką w trakcie "pisania" kolokwium zaliczającego ćwiczenia z chemii - bym wreszcie mogła podejść do ...........(miejsce na dowolny bluzg) egzaminu, rozejrzałam się po towarzyszach niedoli.
Pamiętam jak wyglądali na początku października zeszłego roku. Pełni energii, piękni młodzi, nieświadomi tego co z nimi zrobi politechnika.
Facetowi siedzącemu dwie ławki dalej, nieco po skos sporo się przytyło, a szkoda bo fajne ciacho było.
Znajomy siedzący pod ścianą wychudł jeszcze bardziej, choć do tej pory nie mogę zrozumieć jak można schudnąć z samych kości na jeszcze większe kości.
Wszyscy jak jeden mąż mają wory na twarzy i szparki tam gdzie powinny być oczy.
Albo popadły w kofeinowy obłęd, jak ja.

Właściwie to ja czuję się bardziej jak turysta, obserwator, prowadzący program " z kamerą wśród zombie". Swoją drogą zapoznałam się również z sporą częścią napitków energetycznych, ich nazwy mnie śmieszą. Dziś pije "crazy wolf-a", szkoda, że gówno daje.

Najtrudniej jest zacząć.

Założyć buty i wyjść z domu. Zmusić się do pierwszych szybszych kroków rozpoczynających bieg. Początek zawsze wydaje się być beznadziejny - bo się męczę, bo pocę, bo kostka mnie boli, bo biegnę sama i muszę zmierzyć się z własnymi myślami. Na początku zawsze mam ochotę zawrócić. Dlatego zawsze sobie obiecuje, że jeśli po pierwszych pięciu minutach/300 metrach biegu nadal będzie tak beznadziejnie to zawrócę...

Nigdy jeszcze nie zawróciłam. Nie tylko dlatego, że bieg przestawał być taki beznadziejny. Kostka nadal bolała, ja nadal się męczyłam o poceniu już nie wspominając. Nie zawróciłam bo zwyczajnie zapominał spojrzeć na zegarek. Bo każdy następny krok sprawiał, że czułam się lepiej, może nie fizycznie ale psychicznie.
Czasami przychodził kryzys- człowiek na chwile zapomina o oddychaniu i już biega od drzewa do drzewa modląc się o maskę z tlenem jak te w szpitalach. Wtedy zwalniam ale się nie zatrzymuje. Ubzdurałam sobie kiedyś, że jeśli dam radę przebiec wyznaczony przez siebie odcinek bez zatrzymywania się to mogę zrealizować każde swoje postanowienie - mogę wszystko.

Właściwie to biegam od niedawna. Za to od bardzo długiego czasu obiecywałam sobie, że wreszcie zacznę, jednak jak już wspominałam... Najtrudniejsze okazuje się założenie butów.

Odnoszę wrażenie, że tak samo jest w życiu. Największą trudność sprawia otworzenie zeszytu by zacząć uczyć się do kolokwium, ciężko jest zjeść pierwszy kawałek marchewki po długim okresie głodówki albo napisać wreszcie książkę, której szkielet od trzech lat leży w szufladzie, za to w głowie powstała już cała kompletna historia i zalążki trzech nowych.

Tak, zdecydowanie, nałożenie butów wydaje się być wysiłkiem ponad nasze możliwości. Jednak kiedy już to zrobimy i pobiegniemy... Każdy krok przybliża nas do celu, którym tak naprawdę jest szczęście.

Pan P - czyli spotkanie po roku.

Czasami lubimy wracać w pewne miejsca, głównie dlatego, że nic się tam nie zmienia, a jak się zmienia to są to małe zmiany i to zwykle na lepsze. Są to tak zwane "bezpieczne miejsca" pozwalające na oderwanie się od codzienności i dzikiej gonitwy szarego dnia. Dla mnie takim miejscem była mała mieścina o bliżej nieokreślonych współrzędnych geograficznych. Była bo do niedawna miałam z nią same dobre skojarzenia. Rok temu wszystko się zmieniło.

Gdyż mniej więcej rok temu przy moim stole bilardowym (no dobra, nie moim ale aktualnie był zajmowany przez moją skromną osobę oraz przez osobę Panny Agi), pojawił się wysoki, niebieskooki, wygadany blondyn, grający w bilard jak sam diabeł. I cóż z tego, że Roa zawsze miała skłonności do wysokich brunetów o piwnych oczach? Cóż z tego, że Roa zawsze była okazem zdrowego rozsądku i galopującego cynizmu? Niestety Roa zawsze była z tych kochliwych, co to łatwo się zakochują i jeszcze łatwiej odkochują. Tak więc Roa popełniła największy błąd w swoim dotychczasowym życiu. Zagrała z nim, założyła się i przegrała. Aby uściślić zakładów było kilka i przegranych też.
Co dokładnie zaszło, jak i dlaczego. To już tylko wie Roa i Pan P.

Fakt faktem, że rok po tamtych wydarzeniach znów siedziałam w tym samym barze, obserwując grę dwóch osobników płci męskiej, przy stole, przy którym rok temu przegrywałam wszystkie pamiętne zakłady. Fakt jest taki, że gdy kątem oka zobaczyłam jak wchodzi do baru miałam ochotę zapaść się pod ziemię, znaleźć czapkę niewidkę lub schować się gdzieś na suficie. Ostatecznie skończyło się na szybkich modlitwach do wszystkich znanych bóstw by mnie nie zauważył... I faktycznie, odszedł od baru, przemaszerował przez całe pomieszczenie i mnie nie widział.
Zakładałam nawet, że widział tylko zignorował. Siedząc do niego plecami czułam się możliwie bezpieczna, przecież nie da się rozpoznać człowieka po plecach?
Niestety w chwili, gdy poczułam się na tyle pewnie by znów wrócić do beztroskiej rozmowy z Panną A, na temat teorii spiskowych on stanął nad nami i patrzył jak ciele, zastanawiając się przez dłuższą chwilę czy ja to ja (w jasnych włosach, wyglądam zdecydowanie inaczej niż w ciemnych).
I zrobił coś czego się nie spodziewałam. Przysiadł się, potem przeprosił za zajście sprzed roku po czym nas odprowadził. A właściwie dzielnie nas odprowadzał, znosząc moje uszczypliwe odpowiedzi do momentu aż padła kwestia:
On: (nuci)
Roa: Fałszujesz.
On: By stwierdzić, że fałszuję musiałabyś wiedzieć co to jest.
Roa: Cokolwiek to było, rani uszy.
On: Teraz to ranisz moje serce.
Roa: Naprawdę powinnam się tym przejąć?

Pan P, skapitulował. Uścisk dłoni i poszedł.
Panna Aga zrugała mnie za to potem, że można to było inaczej rozegrać, że na początek mogłam być miła a jak chciałam mu dokopać to za jakiś czas. Zwłaszcza, że przeprosił.
Problem w tym, że przeprosiny po roku się nie liczą. Potrzebowałam przeprosin dwanaście miesięcy temu.
Ale znając życie z Panem P pewnie się jeszcze spotkam. Ostatecznie błędy mają przykrą tendencję do przypominania o sobie.

Obowiązek kobiety...

Każdy mężczyzna ma obowiązek: posadzić drzewo, zbudować dom i spłodzić syna.
Tak też niektórym wydaje się, że kobieta ma obowiązek: wyjść za mąż, urodzić potomstwo.
A co jeśli kobieta nie chce się wiązać, ani tym bardziej rodzić dzieci?
Ewentualnie może mieć męża, prace, spełniać się życiowo, ale nie potrzebuje do szczęścia płaczących niemowląt i rozstępów jako pamiątki po ciąży?

Wtedy taka osobniczka jest traktowana jako istota gorszej kategorii, ponieważ nie chce spełniać norm społecznych i być jak te wszystkie mamusiowate panie, które albo zrezygnowały z własnego życia na rzecz opieki nad ogniskiem rodzinnym, albo urodziły dzieci tylko po to by zadowolić otoczenie i natychmiast oddały je nianią, no chyba że są prawdziwymi Mamami przez duże M.

Przykre jest to, że połowa kobiet posiadających dzieci (zwłaszcza gdy niedawno urodziły albo zaraz urodzą) są przekonane święcie, że zasługują na traktowanie jak święte krowy... Cóż
Miałam kiedyś ciekawą sytuację w tramwaju. Siedzę sobie wygodnie, bo mam do przejechania z jednego końca miasta na drugi, na kolanach plecak i dwie torby foliowe (z jakiegoś wypadu wracałam). Je jednym z przystanków wsiada kobieta z dzieciakiem na rękach. Dzieciak na oko około lat 3-4. Ciężko stwierdzić ale stać samodzielnie już musiał umieć. Jeden przystanek przejeżdża spokojnie, stojąc mi nad głową i natarczywie na mnie patrząc. W końcu nie wytrzymała i głośno tak by wszyscy słyszeli mówi do mnie.
-Wypadałoby miejsca ustąpić, małe dziecko mam.
Normalny człowiek by się zarumienił i prawdopodobnie ustąpił. Jednak ta kobieta trafiła, na złe miejsce, złą osobę i co najgorsze na zły humor złej osoby.
-Nie moja wina, ja go nie zrobiłam- odpowiedziałam równie głośno by cały tramwaj miał okazję usłyszeć. Kobieta się zaczerwieniła, coś wymamrotała o bezczelności i poszła. Cóż... Jej dziecko, jej problem.

Nie rozumiem dlaczego kobiety mające dzieci, mają być lepiej traktowane od tych bezdzietnych. Najbardziej zaś irytują mnie teksty wszystkich "mamuś", które słysząc, że nie chce mieć dzieci odpowiadają coś w stylu "jak dorośniesz to zrozumiesz", z racji, że już pewien wiek osiągnęłam tekst został zmieniony na "kiedyś zmienisz zdanie" alb, "musisz jeszcze dojrzeć" A w dupę wy mnie wszyscy pocałujcie.
Dojrzewa to brzoskwinia, a zdania nie zmienię, bo dzieci nie lubię i wiem że ich mieć nie chce od czasu gdy skończyłam lat trzynaście, w tym postanowieniu trwam więc już dość długo i ani przez chwilę kryzysu wiary nie miałam.

Ogółem wszystko upraszcza się do tego, że każdy powinien robić to co go uszczęśliwia. Niektórych raduje macierzyństwo, innych kariera a innych balowanie po nocach i seks z przypadkowymi osobnikami płci męskiej, żeńskiej albo obu. Najlepiej niech każdy żyje tak jak lubi i nie próbuje naprawiać świata przekonując innych do swoich schematów życia.

Przyjaźń męsko-damska

Przyjaźń już między osobnikami tej samej płci bywa trudna i skomplikowana, między przedstawicielami różnych płci-niemal niemożliwa.
Chyba, że jesteś brzydka. Ewentualnie on może być brzydki. Albo macie tak różne preferencje odnośnie wyglądu drugiej osoby, że jakakolwiek forma zainteresowania poza przyjaźnią byłaby niemożliwa.

Może to podłe, że uzależniam wszystko od wyglądu, ale prawda jest taka, że gdy mowa o mężczyznach to niestety trzeba wszystko uzależniać od wyglądu, nie moja wina, że są nieskomplikowanymi wzrokowcami. Nie możemy oczekiwać od nich, że będą jedynie przyjaciółmi dla wysokiej, długonogiej blondynki, która ma czym oddychać. Prędzej czy później będą chcieli czegoś więcej i zaczną kombinować jak tu "przyjaźń" przekabacić na coś w stylu "związek", albo przynajmniej "przyjaźń i seks".
Zresztą po dłuższych obserwacjach zauważyłam, że przyjaźń męsko-damska istnieje tylko w kilku przypadkach.
-Ona jest brzydka albo on jest brzydki, najczęściej oboje są nieatrakcyjni.
-Już ze sobą byli i nie wyszło.
-Ktoś jest gejem/lesbijką. Wtedy jakiekolwiek napięcia i podteksty się całkowicie z marszu wykluczają.
-Nie spełniają wzajemnie swoich preferencji wizualnych. Ja lubię wysokich, na niskich nawet nie patrzę, znaczy patrzę ale w moich oczach nie są mężczyznami.
-Oboje są w związkach idealnych. Wiem, że nie ma takich związków ale można sobie pogdybać
-Tak naprawdę są tej samej płci. Pamiętacie Miriam?

Z doświadczenia i obserwacji otoczenia zauważyłam też jeszcze jedną rzecz. Gdy już dwa osobniki różnych płci się zaprzyjaźnią to nazywają siebie wzajemnie "bratem", "siostrą". Mój znajomy powiedział kiedyś, że w ten sposób mówią do siebie ludzie, którzy nie potrafią wypowiedzieć słowa "przyjaciel", osobiście nie wiem co w tym trudnego, zresztą ja mam inną teorię. Określanie się "bratem i siostrą" sprawia, że dana osoba traci dla nas w pewnym sensie płeć. To tak jakby wystarczająco długo wmawiać sobie że prawa strona jest lewa, w pewnym momencie się przyzwyczajamy i zaczynamy postrzegać danego osobnika inaczej. A gdy ktoś staje się dla nas bezpłciowy, problem jakiegokolwiek napięcia znika.

Do tego przyjaźń damsko-męską utrudnia otoczenie. "Myślałam, że wy jesteście parą". I inne tego typu teksty oraz podszepty złego, sprawiające, że moglibyśmy przez jedną krótką chwilę spojrzeć na przyjaciela inaczej nić po przyjacielsku, a wtedy może nastąpić potop, klęska, ser spadnie z nieba i koniec świata.

Reasumując. Przyjaźń męsko-damska istnieje, jest bardziej specyficzna niż damsko-damska, w obsłudze zdecydowanie prostsza, ale dla ludzi z zewnątrz zawsze będzie to coś dziwnego. Ale i tak jest fajnie więc miejmy w nosie co ludzie powiedzą.

Na dobry początek

Ludzie zwykle w pierwszych postach piszą o zaczynaniu od początku, o całkiem innym podejściu do świata, innych celach życiowych. O wielkim restarcie swojego życia, a właściwie o sformatowaniu go i wgrywaniu wszystkich opcji na nowo.
Zwykle na tego typu refleksje jesteśmy podatni po "wielkich" (dla nas) wydarzeniach - zmiana miejsca zamieszkania,pracy, partnera, śmierć kota, wymknięcie się śmierci, czy też rozpadzie związku (nie mylić z wymianą partnera bo to całkiem różne sprawy).

Tutaj niczego takie nie będzie. Głównie dlatego, że mój kot/pies/królik ma się dobrze i nie zamierza chwilowo zdychać. Tak, związek się rozpadł ale to było ćwierć wieku temu i obie strony stwierdziły "to nie ma sensu", dlatego też, nie będzie publicznego wieszania psów... Swoją drogą... Zastanawiał się ktoś kiedyś dlaczego właśnie psów? Czemu nie koty albo chomiki? No nieważne.
Wracając do tematu, do wszystkiego mogę teraz podejść na zimno, nie targana nadmiarem emocji ani hormonów...
Choć po zerwaniu wcale nie byłam taka spokojna. Można powiedzieć że byłam nieco... drażliwa (jeśli chęć wymordowania połowy świata można nazwać drażliwością) Wydawało mi się, że świat się zmienił (wyblakł), że Ja się zmieniłam.
Tymczasem... nie. Jedyna zmiana  jaka nastąpiła to zmiana sytuacji. Byłam przyzwyczajona do biegania na mecze w weekendowe poranki i do telefonów w środku nocy i nagle to wszystko zniknęło. Po prostu był ktoś i ni z tego ni z owego ktosia nie ma. Właściwie to był ale w innym wydaniu...
Trzeba było się do tego całego "nowego" przyzwyczaić. I właściwe owo "nowe" wcale nowe nie było, było jedynie "inne"- dokładnie tak jak ściana po odmalowaniu. To nadal ta sama ściana, która ma 150 lat tylko, że teraz nie jest biała a zielona.

Do czego zmierzam? Już wyjaśniam. Chodzi mi oczywiście o to, że "zaczynanie od początku" nie istnieje. Nikt nie da rady wykasować sobie wszystkich wspomnień, doświadczeń, przyzwyczajeń. Chyba, że ktoś przeżył trwały zanik pamięci, wylądował w obcym miejscu i nikt go tam nie zna i nie może go zidentyfikować. Ale tego oczywiście nikomu nie życzę, nawet najgorszym wrogom. To czego w życiu doświadczyliśmy będzie w nas siedzieć jak te cegły, z których zbudowana jest ściana, będzie wpływać na to jacy jesteśmy i jakie decyzje podejmujemy... Nie zburzymy ściany, nie wyjmiemy cegieł... Jedyne co możemy zrobić to wybrać kolor na który ściana została pomalowana.