Ludzie zwykle w pierwszych postach piszą o zaczynaniu od początku, o całkiem innym podejściu do świata, innych celach życiowych. O wielkim restarcie swojego życia, a właściwie o sformatowaniu go i wgrywaniu wszystkich opcji na nowo.
Zwykle na tego typu refleksje jesteśmy podatni po "wielkich" (dla nas) wydarzeniach - zmiana miejsca zamieszkania,pracy, partnera, śmierć kota, wymknięcie się śmierci, czy też rozpadzie związku (nie mylić z wymianą partnera bo to całkiem różne sprawy).
Tutaj niczego takie nie będzie. Głównie dlatego, że mój kot/pies/królik ma się dobrze i nie zamierza chwilowo zdychać. Tak, związek się rozpadł ale to było ćwierć wieku temu i obie strony stwierdziły "to nie ma sensu", dlatego też, nie będzie publicznego wieszania psów... Swoją drogą... Zastanawiał się ktoś kiedyś dlaczego właśnie psów? Czemu nie koty albo chomiki? No nieważne.
Wracając do tematu, do wszystkiego mogę teraz podejść na zimno, nie targana nadmiarem emocji ani hormonów...
Choć po zerwaniu wcale nie byłam taka spokojna. Można powiedzieć że byłam nieco... drażliwa (jeśli chęć wymordowania połowy świata można nazwać drażliwością) Wydawało mi się, że świat się zmienił (wyblakł), że Ja się zmieniłam.
Tymczasem... nie. Jedyna zmiana jaka nastąpiła to zmiana sytuacji. Byłam przyzwyczajona do biegania na mecze w weekendowe poranki i do telefonów w środku nocy i nagle to wszystko zniknęło. Po prostu był ktoś i ni z tego ni z owego ktosia nie ma. Właściwie to był ale w innym wydaniu...
Trzeba było się do tego całego "nowego" przyzwyczaić. I właściwe owo "nowe" wcale nowe nie było, było jedynie "inne"- dokładnie tak jak ściana po odmalowaniu. To nadal ta sama ściana, która ma 150 lat tylko, że teraz nie jest biała a zielona.
Do czego zmierzam? Już wyjaśniam. Chodzi mi oczywiście o to, że "zaczynanie od początku" nie istnieje. Nikt nie da rady wykasować sobie wszystkich wspomnień, doświadczeń, przyzwyczajeń. Chyba, że ktoś przeżył trwały zanik pamięci, wylądował w obcym miejscu i nikt go tam nie zna i nie może go zidentyfikować. Ale tego oczywiście nikomu nie życzę, nawet najgorszym wrogom. To czego w życiu doświadczyliśmy będzie w nas siedzieć jak te cegły, z których zbudowana jest ściana, będzie wpływać na to jacy jesteśmy i jakie decyzje podejmujemy... Nie zburzymy ściany, nie wyjmiemy cegieł... Jedyne co możemy zrobić to wybrać kolor na który ściana została pomalowana.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
30 maja 2010 00:28
też uważam, że nie ma czegoś takiego jak "czysta karta". to, co przeżyliśmy nigdy nie zniknie. przeszłość będzie miała wpływ na przyszłość.
powodzenia;]
30 maja 2010 12:12
Zgadzam się. Zwykle mawiam, że każdy ma jakąś przeszłość, albo że każdy ma jakąś teczkę ;) Można kłamać, nie mówić, selekcjonować fakty, nie myśleć o tym, pogodzić się lub najlepiej - wyciągnąć wnioski i robić inaczej, ale NIE da się odciąć od czegoś, co nas w jakiś sposób ukształtowało. To jak "od poniedziałku się odchudzam" i napad obżarstwa w niedzielę wieczorem ;)