Najczęściej w wyssane z mózgu potwory.
Dziś siedząc nad pustą kartką w trakcie "pisania" kolokwium zaliczającego ćwiczenia z chemii - bym wreszcie mogła podejść do ...........(miejsce na dowolny bluzg) egzaminu, rozejrzałam się po towarzyszach niedoli.
Pamiętam jak wyglądali na początku października zeszłego roku. Pełni energii, piękni młodzi, nieświadomi tego co z nimi zrobi politechnika.
Facetowi siedzącemu dwie ławki dalej, nieco po skos sporo się przytyło, a szkoda bo fajne ciacho było.
Znajomy siedzący pod ścianą wychudł jeszcze bardziej, choć do tej pory nie mogę zrozumieć jak można schudnąć z samych kości na jeszcze większe kości.
Wszyscy jak jeden mąż mają wory na twarzy i szparki tam gdzie powinny być oczy.
Albo popadły w kofeinowy obłęd, jak ja.
Właściwie to ja czuję się bardziej jak turysta, obserwator, prowadzący program " z kamerą wśród zombie". Swoją drogą zapoznałam się również z sporą częścią napitków energetycznych, ich nazwy mnie śmieszą. Dziś pije "crazy wolf-a", szkoda, że gówno daje.
Założyć buty i wyjść z domu. Zmusić się do pierwszych szybszych kroków rozpoczynających bieg. Początek zawsze wydaje się być beznadziejny - bo się męczę, bo pocę, bo kostka mnie boli, bo biegnę sama i muszę zmierzyć się z własnymi myślami. Na początku zawsze mam ochotę zawrócić. Dlatego zawsze sobie obiecuje, że jeśli po pierwszych pięciu minutach/300 metrach biegu nadal będzie tak beznadziejnie to zawrócę...
Nigdy jeszcze nie zawróciłam. Nie tylko dlatego, że bieg przestawał być taki beznadziejny. Kostka nadal bolała, ja nadal się męczyłam o poceniu już nie wspominając. Nie zawróciłam bo zwyczajnie zapominał spojrzeć na zegarek. Bo każdy następny krok sprawiał, że czułam się lepiej, może nie fizycznie ale psychicznie.
Czasami przychodził kryzys- człowiek na chwile zapomina o oddychaniu i już biega od drzewa do drzewa modląc się o maskę z tlenem jak te w szpitalach. Wtedy zwalniam ale się nie zatrzymuje. Ubzdurałam sobie kiedyś, że jeśli dam radę przebiec wyznaczony przez siebie odcinek bez zatrzymywania się to mogę zrealizować każde swoje postanowienie - mogę wszystko.
Właściwie to biegam od niedawna. Za to od bardzo długiego czasu obiecywałam sobie, że wreszcie zacznę, jednak jak już wspominałam... Najtrudniejsze okazuje się założenie butów.
Odnoszę wrażenie, że tak samo jest w życiu. Największą trudność sprawia otworzenie zeszytu by zacząć uczyć się do kolokwium, ciężko jest zjeść pierwszy kawałek marchewki po długim okresie głodówki albo napisać wreszcie książkę, której szkielet od trzech lat leży w szufladzie, za to w głowie powstała już cała kompletna historia i zalążki trzech nowych.
Tak, zdecydowanie, nałożenie butów wydaje się być wysiłkiem ponad nasze możliwości. Jednak kiedy już to zrobimy i pobiegniemy... Każdy krok przybliża nas do celu, którym tak naprawdę jest szczęście.
Czasami lubimy wracać w pewne miejsca, głównie dlatego, że nic się tam nie zmienia, a jak się zmienia to są to małe zmiany i to zwykle na lepsze. Są to tak zwane "bezpieczne miejsca" pozwalające na oderwanie się od codzienności i dzikiej gonitwy szarego dnia. Dla mnie takim miejscem była mała mieścina o bliżej nieokreślonych współrzędnych geograficznych. Była bo do niedawna miałam z nią same dobre skojarzenia. Rok temu wszystko się zmieniło.
Gdyż mniej więcej rok temu przy moim stole bilardowym (no dobra, nie moim ale aktualnie był zajmowany przez moją skromną osobę oraz przez osobę Panny Agi), pojawił się wysoki, niebieskooki, wygadany blondyn, grający w bilard jak sam diabeł. I cóż z tego, że Roa zawsze miała skłonności do wysokich brunetów o piwnych oczach? Cóż z tego, że Roa zawsze była okazem zdrowego rozsądku i galopującego cynizmu? Niestety Roa zawsze była z tych kochliwych, co to łatwo się zakochują i jeszcze łatwiej odkochują. Tak więc Roa popełniła największy błąd w swoim dotychczasowym życiu. Zagrała z nim, założyła się i przegrała. Aby uściślić zakładów było kilka i przegranych też.
Co dokładnie zaszło, jak i dlaczego. To już tylko wie Roa i Pan P.
Fakt faktem, że rok po tamtych wydarzeniach znów siedziałam w tym samym barze, obserwując grę dwóch osobników płci męskiej, przy stole, przy którym rok temu przegrywałam wszystkie pamiętne zakłady. Fakt jest taki, że gdy kątem oka zobaczyłam jak wchodzi do baru miałam ochotę zapaść się pod ziemię, znaleźć czapkę niewidkę lub schować się gdzieś na suficie. Ostatecznie skończyło się na szybkich modlitwach do wszystkich znanych bóstw by mnie nie zauważył... I faktycznie, odszedł od baru, przemaszerował przez całe pomieszczenie i mnie nie widział.
Zakładałam nawet, że widział tylko zignorował. Siedząc do niego plecami czułam się możliwie bezpieczna, przecież nie da się rozpoznać człowieka po plecach?
Niestety w chwili, gdy poczułam się na tyle pewnie by znów wrócić do beztroskiej rozmowy z Panną A, na temat teorii spiskowych on stanął nad nami i patrzył jak ciele, zastanawiając się przez dłuższą chwilę czy ja to ja (w jasnych włosach, wyglądam zdecydowanie inaczej niż w ciemnych).
I zrobił coś czego się nie spodziewałam. Przysiadł się, potem przeprosił za zajście sprzed roku po czym nas odprowadził. A właściwie dzielnie nas odprowadzał, znosząc moje uszczypliwe odpowiedzi do momentu aż padła kwestia:
On: (nuci)
Roa: Fałszujesz.
On: By stwierdzić, że fałszuję musiałabyś wiedzieć co to jest.
Roa: Cokolwiek to było, rani uszy.
On: Teraz to ranisz moje serce.
Roa: Naprawdę powinnam się tym przejąć?
Pan P, skapitulował. Uścisk dłoni i poszedł.
Panna Aga zrugała mnie za to potem, że można to było inaczej rozegrać, że na początek mogłam być miła a jak chciałam mu dokopać to za jakiś czas. Zwłaszcza, że przeprosił.
Problem w tym, że przeprosiny po roku się nie liczą. Potrzebowałam przeprosin dwanaście miesięcy temu.
Ale znając życie z Panem P pewnie się jeszcze spotkam. Ostatecznie błędy mają przykrą tendencję do przypominania o sobie.
Każdy mężczyzna ma obowiązek: posadzić drzewo, zbudować dom i spłodzić syna.
Tak też niektórym wydaje się, że kobieta ma obowiązek: wyjść za mąż, urodzić potomstwo.
A co jeśli kobieta nie chce się wiązać, ani tym bardziej rodzić dzieci?
Ewentualnie może mieć męża, prace, spełniać się życiowo, ale nie potrzebuje do szczęścia płaczących niemowląt i rozstępów jako pamiątki po ciąży?
Wtedy taka osobniczka jest traktowana jako istota gorszej kategorii, ponieważ nie chce spełniać norm społecznych i być jak te wszystkie mamusiowate panie, które albo zrezygnowały z własnego życia na rzecz opieki nad ogniskiem rodzinnym, albo urodziły dzieci tylko po to by zadowolić otoczenie i natychmiast oddały je nianią, no chyba że są prawdziwymi Mamami przez duże M.
Przykre jest to, że połowa kobiet posiadających dzieci (zwłaszcza gdy niedawno urodziły albo zaraz urodzą) są przekonane święcie, że zasługują na traktowanie jak święte krowy... Cóż
Miałam kiedyś ciekawą sytuację w tramwaju. Siedzę sobie wygodnie, bo mam do przejechania z jednego końca miasta na drugi, na kolanach plecak i dwie torby foliowe (z jakiegoś wypadu wracałam). Je jednym z przystanków wsiada kobieta z dzieciakiem na rękach. Dzieciak na oko około lat 3-4. Ciężko stwierdzić ale stać samodzielnie już musiał umieć. Jeden przystanek przejeżdża spokojnie, stojąc mi nad głową i natarczywie na mnie patrząc. W końcu nie wytrzymała i głośno tak by wszyscy słyszeli mówi do mnie.
-Wypadałoby miejsca ustąpić, małe dziecko mam.
Normalny człowiek by się zarumienił i prawdopodobnie ustąpił. Jednak ta kobieta trafiła, na złe miejsce, złą osobę i co najgorsze na zły humor złej osoby.
-Nie moja wina, ja go nie zrobiłam- odpowiedziałam równie głośno by cały tramwaj miał okazję usłyszeć. Kobieta się zaczerwieniła, coś wymamrotała o bezczelności i poszła. Cóż... Jej dziecko, jej problem.
Nie rozumiem dlaczego kobiety mające dzieci, mają być lepiej traktowane od tych bezdzietnych. Najbardziej zaś irytują mnie teksty wszystkich "mamuś", które słysząc, że nie chce mieć dzieci odpowiadają coś w stylu "jak dorośniesz to zrozumiesz", z racji, że już pewien wiek osiągnęłam tekst został zmieniony na "kiedyś zmienisz zdanie" alb, "musisz jeszcze dojrzeć" A w dupę wy mnie wszyscy pocałujcie.
Dojrzewa to brzoskwinia, a zdania nie zmienię, bo dzieci nie lubię i wiem że ich mieć nie chce od czasu gdy skończyłam lat trzynaście, w tym postanowieniu trwam więc już dość długo i ani przez chwilę kryzysu wiary nie miałam.
Ogółem wszystko upraszcza się do tego, że każdy powinien robić to co go uszczęśliwia. Niektórych raduje macierzyństwo, innych kariera a innych balowanie po nocach i seks z przypadkowymi osobnikami płci męskiej, żeńskiej albo obu. Najlepiej niech każdy żyje tak jak lubi i nie próbuje naprawiać świata przekonując innych do swoich schematów życia.