Najtrudniej jest zacząć.

Założyć buty i wyjść z domu. Zmusić się do pierwszych szybszych kroków rozpoczynających bieg. Początek zawsze wydaje się być beznadziejny - bo się męczę, bo pocę, bo kostka mnie boli, bo biegnę sama i muszę zmierzyć się z własnymi myślami. Na początku zawsze mam ochotę zawrócić. Dlatego zawsze sobie obiecuje, że jeśli po pierwszych pięciu minutach/300 metrach biegu nadal będzie tak beznadziejnie to zawrócę...

Nigdy jeszcze nie zawróciłam. Nie tylko dlatego, że bieg przestawał być taki beznadziejny. Kostka nadal bolała, ja nadal się męczyłam o poceniu już nie wspominając. Nie zawróciłam bo zwyczajnie zapominał spojrzeć na zegarek. Bo każdy następny krok sprawiał, że czułam się lepiej, może nie fizycznie ale psychicznie.
Czasami przychodził kryzys- człowiek na chwile zapomina o oddychaniu i już biega od drzewa do drzewa modląc się o maskę z tlenem jak te w szpitalach. Wtedy zwalniam ale się nie zatrzymuje. Ubzdurałam sobie kiedyś, że jeśli dam radę przebiec wyznaczony przez siebie odcinek bez zatrzymywania się to mogę zrealizować każde swoje postanowienie - mogę wszystko.

Właściwie to biegam od niedawna. Za to od bardzo długiego czasu obiecywałam sobie, że wreszcie zacznę, jednak jak już wspominałam... Najtrudniejsze okazuje się założenie butów.

Odnoszę wrażenie, że tak samo jest w życiu. Największą trudność sprawia otworzenie zeszytu by zacząć uczyć się do kolokwium, ciężko jest zjeść pierwszy kawałek marchewki po długim okresie głodówki albo napisać wreszcie książkę, której szkielet od trzech lat leży w szufladzie, za to w głowie powstała już cała kompletna historia i zalążki trzech nowych.

Tak, zdecydowanie, nałożenie butów wydaje się być wysiłkiem ponad nasze możliwości. Jednak kiedy już to zrobimy i pobiegniemy... Każdy krok przybliża nas do celu, którym tak naprawdę jest szczęście.

6 Response to "Najtrudniej jest zacząć."

  1. Fiolka says:
    13 czerwca 2010 00:20

    Jeszcze jest drugi taki trudny moment. Tuż przed metą. Nie wszyscy maja jaja ją przekroczyć, widziałam na własne oczy.

  2. Ag says:
    13 czerwca 2010 10:16

    Słuchaj, koniecznie przeczytaj "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" Murakamiego. Każdy, kto choć raz w życiu spróbował biegać regularnie z zamiłowania, polubi tą książkę w specjalny, wyjątkowy sposób.

  3. headspace says:
    13 czerwca 2010 10:38

    Zgadzam się z treścią całego wpisu, poza ostatnim słowem. Nigdy nie wiadomo, czy obrana droga prowadzi akurat do szczęścia.

  4. Roa says:
    13 czerwca 2010 10:40

    Ale 90% społeczeństwa, chciałoby by to było na końcu.

  5. Effie says:
    13 czerwca 2010 19:10

    Mam tak samo, kiedy zaczynam ćwiczyć, tylko, że najczęściej ćwiczę na orbiterku najgorsze pierwsze 15 min. później już sama radość z ruchu...
    Ja mam tą nieznośną tendencję do rozpoczynania wielu rzeczy i ich nie kończenia. Nie potrafię się zmobilizować, aby doprowadzić coś do końca. Cały czas nad tym pracuję, bo nie daje mi to spokoju. Zbyt wiele spraw często chciałabym załatwić na raz.

  6. asia says:
    15 czerwca 2010 22:32

    ja jutro wracam do biegania. bo lubię to robić i endorfiny szaleją. ale fakt, masz rację, najtrudniej się zmobilizować i założyć te cholerne buty.

Prześlij komentarz