Pan P - czyli spotkanie po roku.

Czasami lubimy wracać w pewne miejsca, głównie dlatego, że nic się tam nie zmienia, a jak się zmienia to są to małe zmiany i to zwykle na lepsze. Są to tak zwane "bezpieczne miejsca" pozwalające na oderwanie się od codzienności i dzikiej gonitwy szarego dnia. Dla mnie takim miejscem była mała mieścina o bliżej nieokreślonych współrzędnych geograficznych. Była bo do niedawna miałam z nią same dobre skojarzenia. Rok temu wszystko się zmieniło.

Gdyż mniej więcej rok temu przy moim stole bilardowym (no dobra, nie moim ale aktualnie był zajmowany przez moją skromną osobę oraz przez osobę Panny Agi), pojawił się wysoki, niebieskooki, wygadany blondyn, grający w bilard jak sam diabeł. I cóż z tego, że Roa zawsze miała skłonności do wysokich brunetów o piwnych oczach? Cóż z tego, że Roa zawsze była okazem zdrowego rozsądku i galopującego cynizmu? Niestety Roa zawsze była z tych kochliwych, co to łatwo się zakochują i jeszcze łatwiej odkochują. Tak więc Roa popełniła największy błąd w swoim dotychczasowym życiu. Zagrała z nim, założyła się i przegrała. Aby uściślić zakładów było kilka i przegranych też.
Co dokładnie zaszło, jak i dlaczego. To już tylko wie Roa i Pan P.

Fakt faktem, że rok po tamtych wydarzeniach znów siedziałam w tym samym barze, obserwując grę dwóch osobników płci męskiej, przy stole, przy którym rok temu przegrywałam wszystkie pamiętne zakłady. Fakt jest taki, że gdy kątem oka zobaczyłam jak wchodzi do baru miałam ochotę zapaść się pod ziemię, znaleźć czapkę niewidkę lub schować się gdzieś na suficie. Ostatecznie skończyło się na szybkich modlitwach do wszystkich znanych bóstw by mnie nie zauważył... I faktycznie, odszedł od baru, przemaszerował przez całe pomieszczenie i mnie nie widział.
Zakładałam nawet, że widział tylko zignorował. Siedząc do niego plecami czułam się możliwie bezpieczna, przecież nie da się rozpoznać człowieka po plecach?
Niestety w chwili, gdy poczułam się na tyle pewnie by znów wrócić do beztroskiej rozmowy z Panną A, na temat teorii spiskowych on stanął nad nami i patrzył jak ciele, zastanawiając się przez dłuższą chwilę czy ja to ja (w jasnych włosach, wyglądam zdecydowanie inaczej niż w ciemnych).
I zrobił coś czego się nie spodziewałam. Przysiadł się, potem przeprosił za zajście sprzed roku po czym nas odprowadził. A właściwie dzielnie nas odprowadzał, znosząc moje uszczypliwe odpowiedzi do momentu aż padła kwestia:
On: (nuci)
Roa: Fałszujesz.
On: By stwierdzić, że fałszuję musiałabyś wiedzieć co to jest.
Roa: Cokolwiek to było, rani uszy.
On: Teraz to ranisz moje serce.
Roa: Naprawdę powinnam się tym przejąć?

Pan P, skapitulował. Uścisk dłoni i poszedł.
Panna Aga zrugała mnie za to potem, że można to było inaczej rozegrać, że na początek mogłam być miła a jak chciałam mu dokopać to za jakiś czas. Zwłaszcza, że przeprosił.
Problem w tym, że przeprosiny po roku się nie liczą. Potrzebowałam przeprosin dwanaście miesięcy temu.
Ale znając życie z Panem P pewnie się jeszcze spotkam. Ostatecznie błędy mają przykrą tendencję do przypominania o sobie.

0 Response to "Pan P - czyli spotkanie po roku."

Prześlij komentarz